Kategorie: Wszystkie | Film | Przemyślenia
RSS
czwartek, 15 września 2011
,,Victim and villain by the vicissitudes of fate"

Są filmy, które potrafią naprawdę przypaść do gustu. Są też filmy, które poruszają arcyważne kwestie, czy też przedstawiają głębokie przemyślenia. Ale są również takie, które już po samej okładce zachęcają nas do obejrzenia, a po pierwszych kilku minutach staje się jasne, że będzie to jeden z filmów, o którym nie będzie sposobu, by zapomnieć.

Tak też miałam z ,,V for Vendetta" - którego nazwa została w brutalny sposób okaleczona przez TVN i spolszczona na ,,W jak Wendetta" - istna profanacja.

Fart w niefarcie, że przechodząc obok włączonego telewizora zwróciłam uwagę na fantastyczną scenę walki, w której zamaskowany główny bohater używał sztyletów przeciw wielu uzbrojonym po zęby facetom. Całość została oprawiona prostym, aczkolwiek ciekawym efektem ,,ciągnącego się dymu" za ostrzami. Zdziwiłam się, że ja, kinomanka i fanka wszelakiej broni i zamaskowanych postaci - nigdy nie widziałam tego filmu.

Na moje nieszczęście trafiłam jednak na ostatnie minuty filmu, przez co byłam naprawdę zła. Nic tak nie psuje mi oglądania jak poznanie zakończenia przed seansem. Potem przez cały czas mimowolnie doszukuję się scen, które miałyby tworzyć ciąg przyczynowo-skutkowy i w efekcie prowadzić do takiego, a nie innego zakończenia. Okropność.

Co tak naprawdę urzekło mnie w ,,V for Vendetta", że potrafię mówić o nim bez przerwy:

- film stworzony na podstawie komiksu Alana Moore'a (czytając komiks warto zwrócić uwagę na typowo ,,filmowe" ujęcia)

- zamaskowany główny bohater, który podporządkował całe swoje życie jednej idei (koniec z Peterem Parkerem, który częściej pokazuje swoją buźkę, niż maskę Spider-Mana, koniec z całą rzeszą ,,w pół" zamaskowanych bohaterów, którzy bardziej dbają o siebie, niż o idee, o które rzekomo walczą)

- ciekawa psychologia postaci (czyli dlaczego jest taki, a nie inny)

- główny bohater i jego gra głosem, światłem, gestami dłoni - przez cały film nie zdejmuje maski

- Natalie Portman, którą lubię od momentu, w którym zobaczyłam ją w ,,Leonie Zawodowcu" i nic nie powstrzyma mnie przed mówieniem, że jest to jedna z najlepszych aktorek młodego pokolenia

- główny bohater jest koneserem sztuki, zna się na muzyce, literaturze

- wprost uwielbiam postać kreowaną na trochę szalonego geniusza, jakim niewątpliwie był V

- gdy słyszę, że główny bohater cytuje różne sztuki - przepadam

- biała broń, sztuka posługiwania się nią z ogromną gracją

- idea, której całkowicie podporządkował się V

- nawiązanie do dyktatury i tyranii w III Rzeszy przedstawione w świecie przyszłości

- ubiór, styl i szyk V

Podsumowując, jest to nie tylko świetna rozrywka na wieczór, ale także film, który (mam nadzieję) zafascynuje kogoś tak, jak mnie. Porusza głównie wątki polityczne, terror, nawiązuje do obozów koncentracyjnych i eksperymentów na ludziach, mówi o anarchii i niesubordynacji, o wolności i zniewoleniu. Film ten pokazuje, że tak naprawdę państwo trzyma nas w swoich ryzach i ściśle kontroluje. Nie wydaje wam się czasem, że wolność to fikcja? Zapewne bardzo znane jest stwierdzenie:

,,Chodź do pracy, weź ślub, miej dzieci, płać podatki, płać rachunki, oglądaj telewizję, podążaj za modą, zachowuj się normalnie, przestrzegaj prawa i powtarzaj za mną: JESTEM WOLNY"

I chociaż nie rozpoczęłam żadnych kampanii, nie przyłączyłam się do grup anarchistycznych, ani nie rzuciłam wszystkiego, by poczuć prawdziwą wolność... to moje śniadanie nie wygląda już tak samo, jak kiedyś. Wszystko za sprawą słynnych grzanek V. Pomyślałby kto, nieprawdaż? :-)

czwartek, 08 września 2011
Can't let it go

Zastanawiam się właśnie nad fenomenem i syndromem ,,przegranego". Niektórzy nie są w stanie po prostu odejść, zostawić przeszłość za sobą i zacząć nowe życie. Właśnie oni wracają, by zniszczyć wszystko, co zostało i zatruć życie innym ludziom. Palą za sobą mosty, przez co już nigdy nie będzie odwrotu od tego, co zaczęli robić.

Sama również nie lubię przegrywać. Ale są 3 rodzaje rywalizacji. Pierwsza to taka, w której bierzemy udział i od początku wiemy, że nie mamy szans na wygraną. Wtedy udział w zawodach/konkursie/czymkolwiek jest dla nas zabawą i lekcją. Same pozytywy. Ale jest też druga strona medalu. Gdy wiemy, że nie mamy szansy na sukces, ale mimo to dążymy do tego, by uniemożliwić wygraną naszemu rywalowi. Czysta zawiść i zazdrość.

Jednak obserwując samą siebie doszłam też do wniosku, że istnieje także trzeci rodzaj. Najgorszy, bo łączący wszystkie cechy poprzednich. Na początku nie zdajemy sobie sprawy z tego, że biorąc udział w jakimś wydarzeniu możemy liczyć na jakieś wyróżnienie. Gdy to się dzieje jesteśmy początkowo zadowoleni i zaczynamy chcieć więcej i więcej. W końcu komuś w końcu uda się nas pokonać, więc zaczynamy działać przeciw niemu, na złość. A na samym końcu nie ma już zasad fair-play- oszukujemy, kombinujemy, szukamy nowych rozwiązań. Byle by tylko wygrać. Ale czy to nadal zasługuje na miano wygranej?

Mówiąc o sobie skupiałam się na małych rzeczach, głupich konkursach. Jednak w pierwszym akapicie mówiłam o ludziach, którzy naprawdę krzywdzą. Nie ważne, czy to mama/tata, ciocia czy wujek. Ważne jest, że cios zadany przez rodzinę boli bardziej niż te zadane przez anonimowych ludzi.

wtorek, 06 września 2011
Home is wherever I'm with you

Oglądając ten filmik nie mogłam wyjść z podziwu nie tylko ze względu na to, że ta dwójka przedstawia naprawdę uroczy widok. Piękna piosenka, gitara akustyczna i fajny mały brzdąc. Prawda jest taka, że przez moment poczułam ukłucie zazdrości. Głupie, mogłoby się wydawać. Czego tu zazdrościć? Sama w każdej chwili mogę wstać po gitarę i zaśpiewać dokładnie tą samą piosenkę (wybitną piosenkarką jednak nie jestem)... ale to nie to samo.

Wiem jednak, że nie mam takich wspomnień. Gdy myślę o swoim ojcu czuję złość. Złość za to, że zmarnował mi większą część życia. Złość za to, że nigdy nie spędzał ani nie starał się spędzać wspólnie ze mną wolnego czasu. Złość za to, że nigdy nie czułam się w jego towarzystwie swobodnie. Złość, złość, złość. Ale też wdzięczność. Jestem wdzięczna za to, że otworzył mi oczy na życie. Teraz wiem, że nawet najbliższy nam człowiek potrafi zadawać ból. Że świat nie jest taki piękny i uczciwy, jakim mógłby się wydawać. Że nigdy nie można być nikogo pewnym w 100%. Że ludzie potrafią się zmienić, ale tylko na gorsze.

Może dlatego nie potrafię w pełni zaufać. Zawsze staram się trzymać na dystans nawet względem własnego chłopaka. To on jest dla mnie prawdziwą rodziną. On i dwójka naszych szalonych przyjaciół, z którymi za 9 dni wspólnie zamieszkamy.

Życie czasami potrafi być naprawdę przewrotne

poniedziałek, 05 września 2011
Brand new life

10 dni. Dokładnie tyle zostało do rozpoczęcia nowego życia. No, może nie do końca nowego. Niech będzie - odświeżonego. Wiele aspektów było i zostanie takimi, jakimi były. Faktem jest jednak to, że nigdy nie można mieć pewności, czy nowe miasto i nowi ludzie przywitają nas z szeroko otwartymi ramionami.

Czy w związku z tym utworzenie bloga było dobrym pomysłem? Przekonam się za jakiś czas. Niech to będzie takie małe... wyzwanie. :-)

M.

01:47, paniparanoja
Link Dodaj komentarz »
Archiwum