
Są filmy, które potrafią naprawdę przypaść do gustu. Są też filmy, które poruszają arcyważne kwestie, czy też przedstawiają głębokie przemyślenia. Ale są również takie, które już po samej okładce zachęcają nas do obejrzenia, a po pierwszych kilku minutach staje się jasne, że będzie to jeden z filmów, o którym nie będzie sposobu, by zapomnieć.
Tak też miałam z ,,V for Vendetta" - którego nazwa została w brutalny sposób okaleczona przez TVN i spolszczona na ,,W jak Wendetta" - istna profanacja.
Fart w niefarcie, że przechodząc obok włączonego telewizora zwróciłam uwagę na fantastyczną scenę walki, w której zamaskowany główny bohater używał sztyletów przeciw wielu uzbrojonym po zęby facetom. Całość została oprawiona prostym, aczkolwiek ciekawym efektem ,,ciągnącego się dymu" za ostrzami. Zdziwiłam się, że ja, kinomanka i fanka wszelakiej broni i zamaskowanych postaci - nigdy nie widziałam tego filmu.
Na moje nieszczęście trafiłam jednak na ostatnie minuty filmu, przez co byłam naprawdę zła. Nic tak nie psuje mi oglądania jak poznanie zakończenia przed seansem. Potem przez cały czas mimowolnie doszukuję się scen, które miałyby tworzyć ciąg przyczynowo-skutkowy i w efekcie prowadzić do takiego, a nie innego zakończenia. Okropność.

Co tak naprawdę urzekło mnie w ,,V for Vendetta", że potrafię mówić o nim bez przerwy:
- film stworzony na podstawie komiksu Alana Moore'a (czytając komiks warto zwrócić uwagę na typowo ,,filmowe" ujęcia)
- zamaskowany główny bohater, który podporządkował całe swoje życie jednej idei (koniec z Peterem Parkerem, który częściej pokazuje swoją buźkę, niż maskę Spider-Mana, koniec z całą rzeszą ,,w pół" zamaskowanych bohaterów, którzy bardziej dbają o siebie, niż o idee, o które rzekomo walczą)
- ciekawa psychologia postaci (czyli dlaczego jest taki, a nie inny)
- główny bohater i jego gra głosem, światłem, gestami dłoni - przez cały film nie zdejmuje maski
- Natalie Portman, którą lubię od momentu, w którym zobaczyłam ją w ,,Leonie Zawodowcu" i nic nie powstrzyma mnie przed mówieniem, że jest to jedna z najlepszych aktorek młodego pokolenia
- główny bohater jest koneserem sztuki, zna się na muzyce, literaturze
- wprost uwielbiam postać kreowaną na trochę szalonego geniusza, jakim niewątpliwie był V
- gdy słyszę, że główny bohater cytuje różne sztuki - przepadam
- biała broń, sztuka posługiwania się nią z ogromną gracją
- idea, której całkowicie podporządkował się V
- nawiązanie do dyktatury i tyranii w III Rzeszy przedstawione w świecie przyszłości
- ubiór, styl i szyk V

Podsumowując, jest to nie tylko świetna rozrywka na wieczór, ale także film, który (mam nadzieję) zafascynuje kogoś tak, jak mnie. Porusza głównie wątki polityczne, terror, nawiązuje do obozów koncentracyjnych i eksperymentów na ludziach, mówi o anarchii i niesubordynacji, o wolności i zniewoleniu. Film ten pokazuje, że tak naprawdę państwo trzyma nas w swoich ryzach i ściśle kontroluje. Nie wydaje wam się czasem, że wolność to fikcja? Zapewne bardzo znane jest stwierdzenie:
,,Chodź do pracy, weź ślub, miej dzieci, płać podatki, płać rachunki, oglądaj telewizję, podążaj za modą, zachowuj się normalnie, przestrzegaj prawa i powtarzaj za mną: JESTEM WOLNY"
I chociaż nie rozpoczęłam żadnych kampanii, nie przyłączyłam się do grup anarchistycznych, ani nie rzuciłam wszystkiego, by poczuć prawdziwą wolność... to moje śniadanie nie wygląda już tak samo, jak kiedyś. Wszystko za sprawą słynnych grzanek V. Pomyślałby kto, nieprawdaż? :-)